Tadeusz M. Trajdos
OBRONA LWOWA (LISTOPAD 1918 – KWIECIEŃ 1919)

Pamięci Mojej Matki Lwowianki

Niniejsza publikacja nawiązuje do treści mojego wykładu na temat obrony Lwowa i wojny w Galicji Wschodniej w latach 1918-1919, przygotowanego z okazji stulecia tych wydarzeń. Został on wygłoszony w Warszawie 11 czerwca 2019 r. na spotkaniu zorganizowanym przez pana Rafała Mossakowskiego, a następnie odtworzony z na- grania audiowizualnego w Lublinie na rocznicowym Kongresie Środowisk Kresowych. Prezentowany tutaj tekst jest modyfikacją tamtego wykładu. Uważam za zbyteczne zamieszczanie szczegółowej kroniki wypadków wojennych i politycznych. Posiadamy dostatecznie wiele publikacji, łącznie z bezcennymi relacjami uczestników. Najważ- niejsze jest dzieło naczelnego komendanta obrony Lwowa, wtedy kapitana – Cze- sława Mączyńskiego1. Przedstawia on z detalami przebieg walk, sytuację w mieście oraz kontekst polityczny. Uznałem za wystarczające podanie spisu wybranej literatury przedmiotu. Przypisów bibliograficznych przy tekście nie umieszczam. Literatura to jednak nie wszystko. Mam jeszcze w pamięci wspomnienia mojego Dziadka, grafika i malarza Mariana Romualda Polaka (zm. 1966 r.), notabene współtwórcy polskich znaczków pocztowych i banknotów, weterana PWPW, oraz mojej Babuni Janiny (zm. w 1976 r.), właścicieli domu przy ul. św. Wojciecha 2a, niedaleko Wysokiego Zamku. Przeżyli oni całe trzy tygodnie piekła inwazji ukraińskiej w dzielnicy opanowanej przez napastników. W młodości docierały do mnie wspomnienia całej naszej rodziny lwowskiej. Tak więc podjąłem temat „domowy”. Opowiadam o Lwowie, domu mojej Matki, Ewy Polak-Trajdos (1923-1979), jej krewnych i ich potomstwa. O naszym domu. Nikt i nic tego nie zmieni. Moim zamiarem jest ukazanie kilku zagadnień tego okre- su związanych z losem Lwowa, zadanie kilku pytań i podzielenie się uwagami, które nasunęły mi się podczas lektur i pod wpływem zasłyszanych wspomnień.

KALKULACJE, OPÓŹNIENIA, ZANIECHANIA
– CZY MOŻNA BYŁO ZAPOBIEC TRAGEDII LISTOPADA 1918 ROKU?

Wykluczone, aby politycy polscy w Galicji, a nade wszystko organizatorzy konspi- racji wojskowej, w tym oficerowie zawodowi i rezerwiści w samym Lwowie, nie spo- strzegli najpóźniej w październiku 1918 r., co szykują działacze ukraińscy. Ze strony polskiej tłumaczono później oczywistą początkową porażkę (która całą prowincję strąciła w głębinę nieszczęść) odwiecznym usprawiedliwieniem: Nie wiedzieliśmy. Przeciwnie – wiedzieli i widzieli.

W dzień po manifeście cesarza Karola, zapowiadającym przebudowę Austrii na fe- derację państw narodowych pod własnym berłem (żałosna mrzonka), 18 października 1918 r. we Lwowie (właśnie tam) powstała jawnie Ukraińska Rada Narodowa (UNR), złożona z ukraińskich członków austriackiej Rady Państwa2 (Izby Deputowanych oraz Izby Panów), a więc parlamentarzystów. Jako wiryliści Izby Panów zostali oczywi- ście dokooptowani biskupi greckokatoliccy. Do nowej rady wcielono też delegatów wszystkich ugrupowań ukraińskich. Trzeba podkreślić przeogromną, prowokacyjną bezczelność tego tzw. Ukraińskiego Zebrania Prawodawczego. We Lwowie tego czasu ponad 60% mieszkańców stanowili Polacy, blisko 30% Żydzi, a tylko ok. 10% Rusi- ni-Ukraińcy. Ale nie chodziło o statystykę, lecz manifestację. Wizjonerzy ukraińscy zamierzali przemocą doprowadzić do zmiany proporcji zasiedlenia.

Ukraińska Rada Narodowa zapowiedziała powołanie „państwa ukraińskiego” (liczono się jeszcze z berłem austriackim, więc nie przesądzono ustroju) na obsza- rze Galicji do Sanu (ale w pasie podkarpackim z całą Łemkowszczyzną), a także na terenie północnej Bukowiny oraz w zakarpackich regionach aż sześciu komitatów północno-wschodnich Węgier. Duży apetyt.

Politycy polscy gremialnie potraktowali tę proklamację jako buńczuczne pusto- słowie, bełkot pyszałków, niegodny głębszej uwagi. Trudno o większą głupotę lek- ceważyć przeciwnika, który planował szereg kroków naprzód. Do wyjątków należało stanowisko Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego (SDN, czyli endecji). Jego eminentny polityk we Lwowie Aleksander hr. Skarbek ostrzegał znacznie wcześniej, co się zbliża (od końca października był członkiem Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie, ale nie zdołał przekonać do swoich racji lwowskich kolegów). Obawy te podzielali „podolacy” (konserwatyści wschodniogalicyjscy) i politycy z grupy „Rze- czypospolitej” (E. Dubanowicz, S. Stroński). Od 1917 r. współpracowali oni w ramach Zjednoczenia Narodowego (ZN) z arcybiskupem ormiańskokatolickim Józefem Teo- dorowiczem, wspólnie alarmując w tej sprawie polską opinię publiczną. Nie mieli też złudzeń co do haniebnej roli Austrii w ostatnich tygodniach agonii monarchii habs- burskiej. Po traktatach brzeskich z lutego i marca 1918 r. takich złudzeń nie powinien mieć żaden myślący Polak3.

Bez wątpienia Ukraińcy lepiej skrywali przygotowania wojskowe, ale i na tym polu dało się wiele wyśledzić. Od 1917 r. w podziemiu funkcjonowała Ukraińska Organi- zacja Wojskowa (UWO), ale jawnie ćwiczyli dobrze wyposażeni Ukraińscy Strzelcy Siczowi (USS), już otrzaskani w boju. Mieli nie byle komendanta – arcyksięcia Wil- helma Habsburga, czyli „Wasyla Wyszywanego”. Do połowy października stacjo- nowali daleko od Lwowa, na granicy Bukowiny i Pokucia. Ale w ostatniej dekadzie miesiąca przewożono ich w górę Dniestru, do Galicji. Można to było zauważyć. Oficer USS, Dmytro Witowśkyj, organizator zbrojnego sprzysiężenia we Lwowie, korzystał z pełnego wsparcia austriackich władz wojskowych i politycznych oraz urzędników narodowości niemieckiej. Tego się nie dało ukryć. Ostatni cesarski rząd Lammascha udzielał bez skrępowania wszelkiej pomocy politykom ukraińskim, paraliżując jedno- cześnie gdzie się tylko dało działania organizacji polskich. Dowództwo austriackie (AOK) na życzenie UNR dokonało roszady garnizonowej w Galicji Wschodniej. Wy- wożono oddziały z poborowymi Polakami, a dosyłano formacje z poborowymi ukra- ińskimi. Sojusznicza armia niemiecka podczas translokacji na zachód we wrześniu 1918 r. przekazywała część broni i amunicji wsiom ukraińskim. Podmiejskie i miejskie magazyny broni i składy amunicyjne we Lwowie jawnie udostępniono Ukraińcom. Przygotowania ukraińskie tamtej wczesnej jesieni osłaniało we Lwowie tysiąc funk- cjonariuszy policji wojskowej (po selekcji w dużym stopniu Ukraińców) i dwa tysiące policji garnizonowej. Przegrupowania dokonano też wśród oficerów sztabowych. Tu zresztą Ukraińców spotkał bolesny zawód. Mimo zachęt miejscowego dowódcy armii austriackiej gen. Pfeffera i sympatii komendanta wojskowego we Lwowie gen. Mayera-Mally’ego (ostatni austriacki namiestnik Galicji gen. von Huyn udawał neu-tralność) z kilkuset liniowych i sztabowych oficerów austriackich narodowości nie- mieckiej tylko jedenastu [sic!] wstąpiło na służbę ukraińską. Niemniej liczne oddziały ukraińskie dostały z przydziału oficerów i podoficerów austriackich. Z kolei konsulat niemiecki we Lwowie kierował zaopatrzenie i broń, ale też fachową kadrę najemną do wojsk ukraińskich. Warto pamiętać, że baterię artyleryjską na Wysokim Zamku aż do 21 listopada obsługiwali właśnie Niemcy.

W końcu października 1918 r. sztab austriacki tak przegrupował obsadę garnizonu lwowskiego, że w koszarach stacjonowały: 14 i 41 pułk piechoty, 19 pułk obrony krajowej, 30 batalion strzelców i dwa bataliony wartownicze. Te formacje składały się w całości lub w większości z Ukraińców. Nawet żandarmerię detaszowano pod tym kątem.

A co na to Polacy we Lwowie i w całej Galicji? We Lwowie władze austriackie z premedytacją pozbywały się wojskowych narodowości polskiej. Oficerów Polaków wysyłano daleko „za San”. W garnizonie lwowskim zostało mniej niż 1% wojskowych narodowości polskiej. Na szczęście nie można się było pozbyć urlopowanych oficerów zawodowych i oficerów rezerwy. Pozostała też młodzież – studenci i gimnazjaliści. Polacy w wieku poborowym, którzy pozostali wtedy we Lwowie, w większości pod- padali pod kategorie B i C, albo w ogóle (formalnie) nie podlegali służbie wojskowej. Mimo tak opłakanej sytuacji polskie kadrowe organizacje konspiracji wojskowej miały nie tylko wgląd do komendy miasta i koszar, ale również dostęp do wielu in- formacji sztabowych. A zatem wiedziano, do czego zmierzają Ukraińcy przy pomocy AOK. Por. Kamieński z Polskich Kadr Wojskowych (PKW), najliczniejszej z tych organizacji, był osobistym adiutantem komendanta miasta Mayera-Mally’ego. Małą grupę „Wolność” tworzyli polscy oficerowie w służbie czynnej armii austriackiej. Byli też „swoi ludzie” informatorzy z policji wojskowej i żandarmerii. Detale obsady ko- szar i zawartość magazynów wojskowych były w pełni znane stronie polskiej. A jed- nak rankiem 1 listopada wyrażano powszechnie… zaskoczenie. Przypomnę zatem, z czym do walki tuż przed napływem ochotników przystępowali Polacy. Od wrze- śnia 1918 r. lwowską Polską Organizacją Wojskową (POW), złożoną z b. legionistów I Brygady, młodzieży tzw. postępowej i niepodległościowej, działaczy PPSD i PSL

„Wyzwolenia”, dowodził energiczny i rozumny por. Ludwik de Laveaux. Najwcześniej przewidział wojskowe zamiary UNR. Miał pod swą komendą ok. 400 ludzi. Atutem POW była sprawna konspiracja kobieca (wywiad, poczta, zaopatrzenie). Wspomniane wyżej PKW reprezentowały z kolei obóz narodowy, a zatem orientację na Ententę. PKW zostały powołane w 1917 r. przez Ligę Narodową. Ich szeregi w Galicji zapełniali działacze i sympatycy SDN, ZN, PSL „Piasta” i „podolacy”. We wszystkich zaborach istniały komendy dzielnicowe, powiatowe i miejskie. Od września 1918 r. wpływy PKW rozszerzyła we Lwowie legalnie działająca Straż Obywatelska, tworzona z pomocą Sokoła i Związku Organizacji Narodowych. Razem z POW powołano też studentów polskich do Straży Akademickiej. We Lwowie PKW miały ok. 500 ludzi, dowodził kpt. Czesław Mączyński. Oprócz tego, poza grupką „Wolności”, istniały dwie organizacje legionowe, ale nie piłsudczykowskie. Legioniści z II Brygady, a następnie z Polskiego Korpusu Posiłkowego (1917-1918), uznawali we Lwowie dowództwo płk. Władysława Sikorskiego. Od października 1918 r. złożyli przysięgę wierności Radzie Regencyjnej i określali się jako Wojsko Polskie (WP). Niestety Sikorski właśnie 31 października opuścił Lwów, zostawiając jako „komendanta placu” WP kpt. Antoniego Kamińskie- go, który do ostatniej chwili nie wierzył w możliwość ataku Ukraińców. Kilkudzie- sięciu jego podwładnych tkwiło więc do 1 listopada w kompletnej bezczynności. Na szczęście tuż przed wyjazdem Sikorski mianował dowódcą „batalionu uzupełnień” kpt. Zdzisława Tatara-Trześniowskiego, z kwaterą (legalnie uzyskaną od miasta) w Szkole Sienkiewicza. Jak wiadomo, 32 podległych mu żołnierzy [sic!] stworzyło tam pionierski bastion polskiej obrony Lwowa. Reszta lwowskich legionistów i hallerczy- ków we Lwowie określana była mianem „niezorganizowanych”. W ostatniej chwili, 31 października, we Lwowie pojawił się wysłannik gen. Hallera, kpt. Mieczysław Bo- ruta-Spiechowicz, i zorganizował oddział ok. 60 ludzi. Miał u boku świetnych ofice- rów: kapitanów dra Jakubskiego i Pierackiego oraz artylerzystę mjr. Śniadowskiego. Co zatem widzimy po stronie ukraińskiej? Systematyczne przygotowania poli- tyczne i wojskowe z potężnym wsparciem Austrii i Niemiec. A po stronie polskiej?

Pośpieszną i chaotyczną improwizację oraz ewidentne lekceważenie przeciwnika. Owszem, nie zbywało na deklaracjach patriotycznych. Już 7 października 1918 r. Rada Regencyjna Królestwa Polskiego ogłosiła, że powstanie niepodległe państwo polskie w granicach historycznych. 20 października Rada Miejska Lwowa proklamowała nie- rozerwalny związek miasta z Polską i złożyła hołd Radzie Regencyjnej. We Lwowie regenci nie cieszyli się jednak szerszym uznaniem, popierała ich jedynie nieduża par- tia tzw. pedecji (Postępowej Demokracji). 24 października Towarzystwo Strzeleckie urządziło na ul. Kurkowej olbrzymią manifestację polskiego Lwowa. W odezwie za- powiedziano, że cała Galicja zostanie wcielona do wskrzeszonej Polski. A gdzie woj- sko, gdzie gwarancje realizacji tego koniecznego planu? Otóż wojska jeszcze nie było. Zupełnie przypadkowa zbieżność dat zasiliła miasto nad Pełtwią jeszcze jedną garścią walecznych obrońców. Z 31 października na 1 listopada w Polskim Domu Akademickim przy ul. Senatorskiej toczył obrady ogólnopolski zjazd młodzieży aka- demickiej. Po wybuchu walk zjazd zdążył ogłosić, że przyłącza się do boju o polski Lwów. Uczestnicy otrzymali przydział do placówek. Jeden z nich, Wacław Lipiński, reprezentant krakowskiej POW i stowarzyszenia „Znicz”, poszedł 2 listopada do Domu Techników przy ul. Issakowicza, drugiej polskiej „fortalicji”, wtedy pod komendą por. Bujalskiego. Został jego adiutantem.

Mimo rzeczowych rozmów dowództwa PKW i POW po 20 października nie doszło do żadnej koordynacji działań ani ustalenia planu bojowego. Zupełnie jałowe były rozmowy z grupą WP kpt. Kamińskiego i hallerczykami, mimo udziału hr. Skarbka i Dubanowicza. W ostatniej chwili, 31 października, na Łyczakowskiej 16 u mjr. Śnia- dowskiego został odrzucony wniosek POW, aby prewencyjnie zająć koszary Piotra i Pawła (przy kościele tego wezwania) i rozbroić tamtejszy, dosyć defetystyczny, 19 pułk Landwehry. Przed godziną „0” ostatnie posiedzenie dowódców polskich odbyło się wieczorem w Domu Akademickim. Kpt. Mączyński zarządził „pogotowie, odpoczy- nek [sic!] i meldunki wywiadowców”. Nie do wiary. Meldunki przyszły 1 listopada od godz. 3.30. Ukraińcy wychodzili planowo z koszar, w ordynku i z dobrym uzbro- jeniem, na całym obszarze miasta, i zajmowali gmachy publiczne. Dopiero o świcie 1 listopada polskie oddziały postawiono w stan alarmu i rozdano broń, naturalnie w skąpej ilości. Niebawem powstała Naczelna Komenda WP we Lwowie, zwana też Komendą Obrony Lwowa, pod dowództwem kpt. Czesława Mączyńskiego.

Ciśnie się na usta pytanie: jak do czegoś takiego mogło dojść? Oczywiście nie chodzi mi o samą walkę. Przytomny obserwator już kilka lat wcześniej powinien zdawać sobie sprawę, że jeśli Polska się odrodzi jako państwo, to o Lwów i dawne województwa południowo-wschodnie trzeba będzie stoczyć zażartą walkę. Jak więc mogło dojść do tego, że ogromne (w skali galicyjskiej) polskie miasto, kompletnie bezbronne, zostało wydane na łup uzbrojonego po zęby przeciwnika bez krztyny przygotowań do obrony, bez planu walki, a szczególnie bez planu działań uprzedzających. Post factum Mączyński tłumaczył, że nie chciał uprzedzać ataku Ukraińców, aby Polaków nie ob- winiono o agresję na „drugi naród tubylczy”. Przerażające wyznanie, stale wpisane w klęskową historię Polski. Gdyby konspiratorzy polscy uprzedzili ten atak, choćby zajęli wcześniej słabo pilnowane magazyny broni4 i peryferyjne koszary, gdyby akceptowano błaganie por. de Laveaux o mobilizację już 31 października, Ukraińcy zajęliby mniej miasta i ze słabszą bronią, mieliby zatem ograniczoną zdolność strzelania do cywilów polskich przez dalsze trzy tygodnie oraz do ich głodzenia. A może koszmar listopada trwałby wtedy krócej, z mniejszą liczbą ofiar nie tylko walki, ale też nędzy i głodu. Bierność wobec wroga to grzech. Takie mam przekonanie. Kpt. Mączyński miał najlepsze intencje, okazał się bezkompromisowym dowódcą obrony Lwowa. Ale może nie należało zaczynać z tak niskiego pułapu, bez ludzi, broni, zapasów, im- prowizując wszystko na poczekaniu. Nasuwają mi się stale wstrząsające porównania z pierwszymi dniami Powstania Warszawskiego, ale tam przynajmniej istniała armia podziemna, choć z marnym uzbrojeniem.

Oficerowie biorą zawsze pod uwagę dysproporcje sił. Szeregi polskie rosły od pierwszego dnia walk dzięki zaciągowi ochotniczemu. Już 2 listopada walczyło ok. 600 mężczyzn i kobiet. Ale po drugiej stronie do boju 1 listopada przystąpiły wspomniane regularne formacje liniowe w sile 7,5 tysiąca żołnierzy, w tym bitny 41 pułk piechoty z Bukowiny, czyli 2,5 tysiąca karabinów. Do tego doszły bataliony wartownicze (tysiąc żołnierzy), drugie tyle Ukraińców z austriackiej policji wojskowej i garnizonowej oraz ochotnicy – studenci ukraińscy i uczniowie dwóch gimnazjów ukraińskich. Mączyński obliczał wstępną siłę orężną Ukraińców na minimum 10 tysięcy ludzi. Ta siła zderzyła się z kilkuset obrońcami, z których ledwie ćwierć miała przeszkolenie wojskowe i mało kto doświadczenie bojowe. Fatalne były też okoliczności zewnętrzne. Gen. Bolesław Roja, ludowiec, dowódca WP w Galicji zachodniej, do końca okazywał niechęć do walki o polski Lwów. PKL w Krakowie podzielała to zapatrywanie mimo rozpaczliwych starań i apeli hr. Skarbka (który walczącym ofiarował też środki z majątku rodzinnego). Poza tym wybitnym politykiem endeckim przyzwoicie zachował się Wincenty Witos (PSL Piast), który w październiku osobiście odwiedził Lwów. Ale to nie oni decydowali o długotrwałym braku realnej pomocy dla Lwowa. Nie mogła też pomóc październikowa wizyta narodowca Stanisława Głąbińskiego, ministra w rządzie warszawskim J. Świeżyńskiego. Rząd ten domagał się całej Galicji dla Polski, ale był lekceważony przez ostatni rząd habsburskiej Austrii, a tym bardziej przez rząd niemiecki. Wątła egzystencja tzw. Królestwa Polskiego dobiegła zresztą kresu 10 listopada.

Nie odpowiem miarodajnie na pytanie zadane w tytule tego rozdziału. Sądzę jednak, że polscy przywódcy i oficerowie mieli szansę przewidzenia akcji przeciwnika i lepszego wcześniejszego przygotowania obrony miasta, a zatem ograniczenia kolosalnych cierpień i strat, jakie ponieśli Polacy w s w o i m m i e ś c i e.

WALKA O WŁASNY DOM

Istotną cechą bojów lwowskich w listopadzie 1918 r. była walka o własny dom. Kapitalna różnica obu stron walczących, rozpoznana od razu, powtarzająca się we wspomnieniach rodzinnych, polegała na tym, że Polacy znali na pamięć swoje domy, ulice, podwórka, placyki i piwnice, zaś Ukraińcy, w olbrzymiej większości zmobilizowani chłopi z Galicji Wschodniej i Bukowiny – nie. W tym tkwiła przyczyna wściekłości władz ukraińskich, owocującej represjami wobec ludności polskiej. Napastnicy nie znali (przeważnie) miasta, które ustanowili s w o j ą s t o l i c ą. A my tak, bo nie mieliśmy innego. To była obrona własnych domów w rodzinnym mieście, a dopiero na dalszym planie – fragment wojny o Polskę w godziwych granicach.

Od 1 listopada do boju ruszyli ochotnicy. Cztery dni później Naczelna Komenda wydała rozkaz mobilizacyjny dla Polaków w wieku 17-35 lat, a dzień potem do 45 lat. Ochotników nie zabrakło przez cały czas boju w mieście. Zjawiali się inwalidzi i chorzy, dzieciaki i sędziwi emeryci. Już 3 listopada w samej walce uczestniczyło tysiąc ludzi. Pod koniec, 20 listopada, raport bojowy podawał ok. 330 oficerów i 2,5 tysiąca żołnierzy „w linii”. W naszym wojsku służyło ok. 260 kobiet, nie tylko jako kurierki, zwiadowczynie, sanitariuszki i telefonistki, ale też z karabinem w ręku. Zjednoczone Komitety Kobiet Polskich wzywały do walki i drukowały odezwy z żądaniem odsieczy m.in. wysyłane do kobiet w Krakowie. Powstała Ochotnicza Legia Kobiet (dowódca mjr Aleksandra Zagórska). Około 15% walczących było poniżej wieku poborowego. Szli uczniowie i uczennice, praktykanci w rzemiośle i baciarze. 1/3 ochotników miała poniżej 20 lat. Reprezentowali wszystkie warstwy społeczne. O Lwów walczył miejscowy lud, który nie chciał się pogodzić z narzuconą, obcą i okrutną władzą. Ruszyli z warsztatów, fabryk, sklepów… i ruder podmiejskich. Ramię w ramię stanęli emerytowani profesorowie i wysłużeni urzędnicy. Wspaniałą rolę odegrali polscy kolejarze, pomagając w zdobyciu i dostosowaniu do wojny dworców lwowskich. Okazali wierność przyrzeczeniu skauci polscy, przeszkoleni wojskowo i naturalnie sokoli. Na czele hufca skautów lwowskich stał wtedy dzielny ksiądz doktor Gerard Szmyd, typ Kordeckiego, a może nawet księdza Marka. Straty bieżące oddziałów polskich były olbrzymie, początkowo do 50% stanów, potem, po lepszym przeszkoleniu i wyposażeniu do 30%. Ten upust krwi rekompensował tylko nieustanny napływ ochotników. Naczelna Komenda Obrony Lwowa, panująca od 3 listopada nad całą zachodnią częścią miasta i częściowo w śródmieściu, korzystała też z poważnego zaplecza cy- wilnego. Już 1 listopada powstał Polski Komitet Narodowy jako reprezentacja stronnictw. Wspierał akcję wojskową, pomagał walczącym, prowadził daremne pertraktacje z wrogiem. W dystrybucji żywności oraz kontroli jej wyrobu i sprzedaży uczestniczył Komitet Obywatelski. Na jego miejsce 6 listopada powołano Komitet Bezpieczeństwa i Ochrony Dobra Publicznego. Podzielony na fachowe wydziały zajął się cało- kształtem gospodarki wojennej w mieście, porządku (okiełznaniem przestępczości, w tym rabunku mienia), aprowizacji, opieki sanitarno-medycznej i socjalnej. Jako formację wykonawczą otrzymał Milicję Obywatelską, działającą już od 5 listopada, która polowała na rabusiów-włamywaczy, chroniła domy, sklepy i warsztaty oraz patrolowała nocą ulice. Pilnowaniem jeńców oraz internowanych (ok. 200 działaczy ukraińskich) zajmowała się Milicja Wojskowa. Utworzono też żandarmerię polową (mjr Hoszowski). Milicjantów i żandarmów było najwyżej 500, zbyt mało, by pilno- wać każdej ulicy. Działał też audytoriat zorganizowany przez sędziów wojskowych. Zaopatrzenie i wyżywienie żołnierzy i ich rodzin należało do wyłącznej kompetencji dowództwa wojskowego (oficerów gospodarczych). Od 7 listopada Polacy walczą- cego Lwowa dostali własne pismo frontowe „Pobudka”. Redakcja mieściła się obok drukarni, na ul. Sapiehy 77. Wszystkie inne pisma polskie po drugiej stronie linii bojowej Ukraińcy skonfiskowali i zabronili druku, a drukarnie zniszczyli. Oprócz wyrobu żywności w mieście (głównie piekarnie) ratowano ludność przed głodem za pomocą handlu wymiennego z wsią galicyjską (nasze wojsko dysponowało licznymi austriackimi magazynami nafty i soli, które to produkty na wsi znaczyły więcej niż złoto). Ponadto polskie rajdy wojskowe dokonywały rekwizycji w pobliskich wsiach ukraińskich, traktowanych słusznie jako zaplecze wroga, gdyż stanowiły bazę rekrutacyjną wojsk ukraińskich.

Mało kto pamięta, że Lwów był tragicznym pionierem w jeszcze jednym aspek- cie najnowszej historii wojen w naszym kraju. To tam w listopadzie 1918 r., na 26 lat przed Warszawą, po raz pierwszy wykorzystano kanały do przerzucania aprowizacji, wywiadowców i kurierów na stronę ukraińską, zaś ochotników do wojska polskiego

– w drugim kierunku. Nie odważono się jednak na masowy atak kanałami na tyły pozycji ukraińskich z obawy przed podobnym natarciem wroga, choć można sądzić, że Ukraińcy nie poradziliby sobie z takim transportem (pracownikami kanalizacji i wodociągów do 1918 r. i potem byli na ogół Polacy). Powszechnym zwyczajem było też przebijanie otworów w ścianach szczytowych przyległych kamienic na parterach i w piwnicach. W ten sposób wysunięte placówki polskie były wspierane odwodami całkowicie osłoniętymi przed ostrzałem wroga. Podobnie ewakuowano rannych. To też naśladowano w Warszawie 1944 r.

Jeśli chodzi o kadrę dowódczą sprawdzili się młodzi oficerowie, podporucznicy, porucznicy i kapitanowie, głównie rezerwy. Oficerowi starsi pojawiali się w boju spo- radycznie, mało ich zresztą było wtedy w mieście. Niektórzy b. austriaccy oficerowie sztabowi wyższego stopnia, choć Polacy, po prostu kryli się we własnych mieszkaniach.

SPECJALIŚCI I BOHATEROWIE

W trzytygodniowym boju każdy stawał się bohaterem. Chory z wysoką gorączką, który nie chciał zejść z posterunku, bo wiedział, że nie ma odwodu. Inwalida woj- skowy, obsługujący „maszynkę” jedną sprawną ręką, chwytający zębami taśmę z na- bojami. Chłopiec przebiegający pod gradem kul z meldunkiem i rozkazem albo całą noc w głodzie czuwający na warcie. Uczennica rzucająca granatem i odciągająca z linii walki rannego kolegę. Wszyscy.

Wśród nich, starych i młodych, wyróżniali się jednak tacy, którzy trzymali w po- strachu wroga i zdobywali ukochane miasto metr po metrze albo niebywałym mę- stwem, zuchwalstwem, albo przydatnym na wojnie fachem i zdolnościami. O nich teraz opowiem.

Najpierw o specjalistach. Po zdobyciu i utrzymaniu w krwawej walce (3 listopada) Dworca Głównego warsztaty kolejowe, magazyny sprzętu i cały tabor pozostawały pod opieką zastępu kolejarzy i mechaników pod dowództwem kpt. inż. Kazimierza Bartla. Przyszły premier, profesor Politechniki, ofiara mordu niemieckiego w 1941 r., w listopadzie 1918 r. stanął na czele „batalionu kolejowego”. Pod względem technicz- nym dworzec był najważniejszą fortecą polskiej części miasta.

Od 4 listopada oraz dzięki zdobyczom w Skniłowie 7-8 listopada mjr Śniadowski zorganizował artylerię i wyszkolił obsługę. Do 17 listopada mieliśmy już pięć baterii. Dowódcą taktycznym był kpt. Łodziński, warsztatami i kadrą techniczną kierował kpt. Niepołomski. Posługiwano się działami austriackimi i zdobycznymi rosyjskimi. Wyszkolono też oddział minerów i saperów. Oddział ckm-ów wyćwiczył por. Tadeusz Nittman. Przydał się na wielu odcinkach w śródmieściu.

Por. Świętelnicki nadzorował konstrukcję samochodu pancernego. Por. Zdzisław Orzechowski (awansował na stopień kapitana) przyjął dowództwo pierwszego pol- skiego pociągu pancernego, który od 20 listopada ułatwiał obronę i kontrolę linii ko- lejowej Przemyśl–Lwów, jedynej dowozowej magistrali łączącej Lwów z resztą Polski. Pociąg ten został naturalnie ochrzczony imieniem „Lwowianin”, w nomenklaturze wojskowej funkcjonował jako „P.P.3” , a popularnie zwany był „pepetrójką”. Po 21 li- stopada doszły dalsze pociągi pancerne „Śmiały” i „Generał Dowbór”.

Powołano wreszcie specjalny oddział techniczny. Czuwał nad taborem konnym i samochodowym, nadzorował reperacje, chronił magazyny prochu, amunicji, broni, mundurów i prowiantu oraz fabrykę granatów. Na ul. Janowskiej działał młyn dla wojska. Wydzielono też rzeźnię i piekarnię, obsługujące wyłącznie wojsko.

Fantastyczną rolę odegrał oddział kawalerii (niebawem dywizjon), uformowany przez porucznika, a potem rotmistrza inż. Tadeusza Krynickiego. Nasi jeźdźcy przy- jęli adekwatną nazwę „Wilki”. Do wybitnych sukcesów taktycznych naszej kawalerii należały rajdy na Skniłów 10 listopada oraz do Gródka Jagiellońskiego 11 listopada. W oddziale tym służyli m.in. 15-letni Francuz André Brossard i obywatel brytyjski Elgin Scott.

Lwów w listopadzie 1918 r. to również narodziny polskiego lotnictwa wojskowe- go. Mieliśmy bowiem lotnisko na Błoniach Janowskich. Skonstruowano 13 samo- lotów, naprawiono 11, odbyło się 12 lotów bojowych. Polscy lotnicy bombardowali najważniejsze fortece wroga – Cytadelę i Wysoki Zamek. Odbywały się też loty ko- munikacyjne i rozpoznawcze. To lotnicy lwowscy przewozili do Krakowa i Warsza- wy pierwsze meldunki o sytuacji walczącego miasta. Wspomnę kapitanów Stefana Bastyra i Janusza de Beaurain, poruczników Idzikowskiego i Torunia. O ppor. inż. Stefanie Stecu będzie jeszcze mowa.

Samarytańską rolę odegrał personel medyczny. Oprócz pielęgniarek, sanitariu- szy, felczerów trzeba wspomnieć ofiarną pracę zespołu lekarzy w dwóch improwizo- wanych szpitalach wojskowych w Politechnice (nr I), pod kierunkiem prof. Adama Czyżewicza, oraz w Domu Inwalidów na Kleparowskiej (nr II), pod kierunkiem ppłk. dr. Henryka Glazera.

A teraz po prostu o bohaterach. Z wielu nazwisk wskazuję kilku wybitnych do- wódców. Na najwyższy hołd zasługuje porucznik (a w końcu rotmistrz) Roman Abraham, obrońca sektora Góry Stracenia, dowódca oddziału, który przypiął sobie emblematy śmierci. Ich hasłem było: „Nie ma odwrotu”. Wygrali, zwyciężyli. Górę Stracenia Polacy zdobywali kilkakrotnie: 3, 4, 5 listopada, wtedy po wodzą por. Adama Świeżawskiego, a 6 listopada tę pozycję odbił oddział sierżanta Adolfa Wietky’ego. W utrzymaniu Góry Stracenia w rękach polskich zasłużył się właśnie Roman Abraham. Dzięki tej placówce dzielnica Kleparów i północne rubieże miasta zostały utrzymane do 21 listopada. Abraham zasłynął też w innych natarciach. W dniach 3-4 listopada uczestniczył w ostatecznym zdobyciu terenu kolejowego przy dworcach: Głównym i Kulparkowskim. 5 listopada zdobył wspomniany Dom Inwalidów na ul. Kleparow- skiej, zamieniony na szpital. W brawurowym ataku 6 listopada jego oddział zajął Dworzec Kleparowski. To właśnie Abraham zawiesił flagę polską na odwachu, a po- tem na ratuszu rankiem 22 listopada.

Przywołuję z niepamięci postać por. Bernarda Monda. Bronił skutecznie otoczenia Cytadeli przed wypadami Ukraińców, kilka razy szturmował jej mury. Miał ze sobą m.in. bezgranicznie odważną lwowiankę Helenę Bujwidównę. Zapomniany jest też por. Wilhelm Starck, który 3 listopada założył redutę w szkole Konarskiego, w dniach 2-4 listopada toczył bój o Szkołę Kadecką (ostatecznie zwycięską), a następnie sztur- mował koszary wuleckie. Uczestniczył w pierwszym ataku na Zamarstynów 6 listopa- da, a następnie od 14 listopada przydzielony do sektora Zamarstynów–Przedmieście Żółkiewskie–Podzamcze bronił się przed wrogiem diametralnie silniejszym, stale narażony od tyłu na wrogą „neutralność” milicji z dzielnicy żydowskiej. A jednak szachował pozycje Ukraińców i nie dał się wyprzeć. Otrzymał ten samobójczy przy- dział, bo pochodził z tego rejonu miasta i zlatywali się do niego wszyscy szemrani baciarze, wtedy bohaterowie ulic – znał więc posunięcia wroga. Przypomnę też por. Waleriana Sikorskiego, który 3 listopada zdobył Kleparów, oraz kpt. Łodzińskiego (wspomnianego już artylerzystę), który 4 listopada zdobył masywny gmach Dyrekcji Kolejowej przy ul. Mickiewicza, w samym centrum miasta. To jego oddział wkroczył wtedy do pobliskiego Ogrodu Jezuickiego, przez który do 21 listopada przebiegał front. Nie można pominąć bohaterskiego por. Kułakowskiego, walczącego na ul. Bema. Wybitną rolę jako dowódca odegrał kpt. M. Boruta-Spiechowicz, szczególnie w walce o Dworzec Czerniowiecki i Kulparków (6 listopada i 13 listopada) oraz pod- czas zdobycia Skniłowa (8 listopada).

Muszę przywołać „małych bohaterów”, tych powszechnie znanych i tych już słabiej pamiętanych. Pod własnym domem, na ul. Zyblikiewicza, 15 listopada został rozstrzelany 14-letni skaut Adam Michalewski. W ataku przy Szkole Kadeckiej 17 listopada poległ 14-latek Tadeusz Jabłoński. W niewoli 22 listopada został zamordowany 14-letni Remigiusz Wojciechowski. W szturmie na Cmentarzu Ły- czakowskim zginął 14-letni Jerzy Bitschan. Były też inne ofiary spośród walczącej młodzieży: 18-letni Tadeusz Podhrebelny z III Lwowskiej Drużyny Skautów poległ 5 listopada na Wulce, skaut Marcin Karol Dolais padł 17 listopada na Cmentarzu Stryjskim. W obronie Góry Stracenia pod komendą Abrahama walczyła harcerka i sanitariuszka Helena Brutelówna. Zmarła w wyniku odniesionych ran po dwóch miesiącach cierpienia w szpitalu, 12 stycznia 1919 r. Walczyło dla nas, dla Polski, ponad 100 harcerzy i harcerek. Kilkanaścioro oddało życie, w tym ośmiu skautów Ukraińcy zamordowali w niewoli.

UKRAIŃSKIE RZĄDY I UKRAIŃSKIE WOJSKO

Od strony formalno-politycznej wyglądało to następująco. Po zajęciu Lwowa przez ukraińskie siły zbrojne UNR wyłoniła Tymczasowy Sekretariat Państwowy, czyli rząd, który działał pod prezydencją Kost’a Łewyćkoho, jednocześnie państwowego sekre- tarza skarbu. Sekretarzem spraw wewnętrznych został Longin Cehelśkyj (Cegielski), spraw wojskowych ataman Dmytro Witowśkyj, a sądownictwa Sydor Hołubowycz. Wymieniam tylko te resorty, bo miały bezpośredni wpływ na sytuację Polaków we Lwowie. Do 13 listopada (Mączyński podawał datę 14 listopada) proklamowany twór ustrojowy nosił nazwę „Państwa Zachodnio-Ukraińskiego”, potem (po ostatecznej zagładzie habsburskiej Austrii) przyjęto nazwę Zachodnio-Ukraińska Republika Ludowa (ZUNR). Rząd Łewyćkoho 9 listopada formalnie powołał Ukraińską Armię Halicką (UHA). Jednak lwowskie komunikaty bojowe (zwidomłennja) podpisywała od 4 listopada Naczalna Komanda Ukrajinśkych Wijsk, a zatem przyjęto nazwę analo- giczną do polskiej (stosowanej już od 1 listopada). W ciągu trzech tygodni walk jedyna zmiana polegała na tym, że ranny Witowśkyj oddał 4 listopada komendę atamanowi Hryhoremu Kossakowi (b. pułkownikowi austriackiemu) i szefowi sztabu Seniowi Horukowi. Od 11 listopada komendę UHA we Lwowie objął Hnat Stefaniw, też były pułkownik austriacki.

Zmiany polityczne nastąpiły dopiero w drugim etapie, czyli po wyzwoleniu całego Lwowa, ale w czasie jego tragicznej frontowej egzystencji zimą 1918/1919 r. W grudniu 1918 r. na czele rządu ZUNR stanął Sydor Hołubowycz. 3 stycznia 1919 r. ZUNR zjednoczyła się z Ukraińską Republiką Ludową (UNR) Symona Petlury, choć urząd prezydenta ZUNR przyjął Jewhen Petruszewycz. Wreszcie 22 stycznia 1919 r. ZUNR została przekształcona w Zachodni Obwód UNR (ZO UNR). To wszystko nie miało jednak żadnego wpływu na realia wojenne we Lwowie. Ogromnym niebezpieczeństwem dla Polaków w tym mieście był za to na początku walki transport kolejowy 3 listopada posiłków w sile 3 tysięcy żołnierzy USS oraz „kurenia huculskiego”. Oddziały te wzięły od razu udział w morderczym boju o Dworzec Główny. Prze- grały, ale okazały się przeciwnikiem dobrze wyszkolonym, bitnym i wytrwałym. Z oddaniem walczyły też jednostki złożone z ukraińskiej młodzieży szkolnej oraz ochotnicy z inteligencji. Małą wartość bojową miały za to luźne chłopskie watahy z sąsiednich wsi, rozganiane nawet przez drobne oddziały polskie. Aby zmobili- zować UHA w sile 100 tysięcy żołnierzy, 2 listopada Ukraińska Rada Narodowa uchwaliła pobór od 17 roku życia, 5 listopada pobór w wieku 17-30 lat, a 13 listo- pada mobilizację roczników 1883-1900. Starsi chłopi walczyli niechętnie, zaś od przedwiośnia 1919 r. po prostu dezerterowali. Niemniej UHA do końca kampanii wiosennej 1919 r. zachowała dużą wartość bojową i sprawną kadrę oficerską, wy- szkoloną w armii austriackiej.

Rządy ukraińskie we Lwowie 1-21 listopada 1918 r. to nieprzerwany terror. Od 1 listopada obowiązywał stan oblężenia. Gdy napastnicy przekonali się, że lwowiacy bronią własnych domów, wydali ostrzeżenie: od 4 listopada każdy dom, z którego padł strzał, podlegał decymacji mężczyzn. Od 19 listopada okupanci wymusili całodniowe warty w domach prywatnych i kamienicach, aby kontrolować napływ „obcych”, czyli emisariuszy ze strony polskiej, oraz przejścia ochotników na stronę polską.

Ukraińskie władze cywilne i wojskowe dopuściły się następujących zbrodni wojennych:

1. Zabójstw i egzekucji ulicznych osób cywilnych – Polaków,

2. Najść na mieszkania prywatne, ich rewizji, grabieży i stosowania przemocy wobec cywilów,

3. Prewencyjnych aresztów znaczniejszych osobistości spośród Polaków,

4. Zabijania nieletnich (jak wspomnianego ucznia Adama Michalewskiego),

5. Notorycznego rozstrzeliwania jeńców wojennych oraz ich torturowania,

6. Zabijania i bicia sanitariuszek polskich,

7. Ostrzału szpitali mimo ich oznakowania,

8. Celowego głodzenia cywilnej ludności polskiej w sektorze pod kontrolą ukraińską (odmawiano jej zakupu lub przydziału reglamentowanej żywności). Wśród wielu ohydnych czynów wymienię mord na rodzinie Miechońskich (ul. Żołnierska 88), rzeź na Zamarstynowie i na Przedmieściu Żółkiewskim 14 listopada dokonaną przez tzw. sotnię im. Gonty (za- tłuczono 6 małych chłopców i zabito ponad 40 dorosłych cywilów; ofiary wskazywała

„neutralna” milicja żydowska). W koszarach na Kurkowej internowani cywile polscy byli maltretowani i zabijani. Strzelcy UHA mieli specjalną zabawę: ćwiczyli celność karabinów na zwykłych przechodniach. Strzelali też do okien mieszkań prywatnych, jeśli ktoś nieopatrznie podszedł do parapetu. Zajęte gmachy z instytucjami polskimi złośliwie pustoszyli. Ten los spotkał drukarnie i wydawnictwa, Sokół Macierz i Ossolineum (gdzie powstała reduta UHA). Podczas ucieczki nocą z 21 na 22 listopada Ukraińcy podpalili nie tylko Cytadelę, ale też Sejm Krajowy.

Polacy nie mordowali jeńców we Lwowie, nawet karmili ich pod strażą milicji wojskowej, choć sami nie mieli co jeść. Po zdobyciu św. Jura 3 listopada metropolicie Szeptyckiemu, mimo że w żaden sposób na to nie zasługiwał, zapewnili stałą ochro- nę. Internowanie po stronie polskiej objęło wyłącznie organizatorów i przywódców przewrotu 1 listopada, którzy znaleźli się po polskiej stronie frontu, a nie zwykłych cywilów.

Do wyczynów ukraińskich w wojnie 1918-1919 trzeba dodać zdarzenia poza Lwowem. Polska wioska Sokolniki w pobliżu miasta została podstępem zajęta 11 listopada. Ludność wybito, na szczęście młodsi zbiegli do Lwowa i zasilili szeregi obrońców. Zabudowania zostały spalone. To samo spotkało inną wieś polską Biłka Szlachecka. W licznych wsiach i miastach Galicji Wschodniej pod jarzmem ZUNR Polaków po pro- stu zabijano, i to całymi rodzinami. Na tym terenie powstały tzw. obozy internowania dla inteligencji polskiej. Wyjątkowo złą sławą cieszył się taki obóz w Kosaczowie pod Kołomyją. Głód i epidemie zebrały tam potworne żniwo.

Dodam na koniec, że podpisana 1 lutego 1919 r. między władzami RP i ZO UNR umowa o traktowaniu jeńców i rannych w oparciu o konwencje międzynarodowe nie przyniosła żadnego polepszenia.

CO Z ODSIECZĄ?

Od samego początku do Lwowa przedzierały się grupy ochotników, na ogół mło- dzieży (studentów, skautów, sokołów) z Małopolski, Śląska Cieszyńskiego, Zagłębia Dąbrowskiego, Mazowsza i Lubelszczyzny. Inaczej było z pomocą zorganizowaną. Lwowiacy mieli dojmujące wrażenie, że rodacy o nich zapomnieli, zaś ich cierpienia są lekceważone.

Już 25 października 1918 r. por. Bolesław Eustachiewicz został wysłany do Lublina z rozkazem komendanta PKW we Lwowie kpt. Mączyńskiego. Oczywiście Mączyń- ski wtedy nie przewidział przewrotu 1 listopada, ale krzątaninę Ukraińców bacznie obserwował. W Lublinie kilka dni później bojownicy PKW rozbroili garnizon au- stro-węgierski i przekazali władzę gen. Rozwadowskiemu. Eustachiewicz pojechał 29 października do Krakowa, gdzie omawiał sytuację z hr. Skarbkiem. Tam zastał go meldunek ze Lwowa 1 listopada. Powrót był niemożliwy. W Krakowie gen. Roja

i członkowie PKL (z wyjątkiem Skarbka) stanowczo odmówili pomocy. Eustachiewicz wrócił zatem do Lublina. Obserwował tam przewrót 6 listopada i powołanie Rządu Ludowego RP Ignacego Daszyńskiego. Prominentny minister w tym rządzie Edward Rydz-Śmigły odmówił pomocy wojskowej dla Lwowa, posługując się argumentem braku sił. Na wiecu chłopów polskich Eustachiewicz przy aplauzie słuchaczy opowiadał o batalii lwowskiej i wezwał ochotników. Otrzymał rządową zgodę na werbunek w Lublinie, Chełmie i Krasnymstawie. Pojechał także do Warszawy, gdzie poparli go posłowie z Wielkopolski. W stolicy utworzył Komitet Obrony Lwowa dzięki solidarności endeckiego głównie Koła Międzypartyjnego. Dwukrotnie interweniował (po 11 listopada) u Piłsudskiego i raz u premiera Jędrzeja Moraczewskiego. Dopiero 18 listopada, po ostrym dialogu, Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz w jednej osobie wydał rozkaz wymarszu grupie mjr. Wieczorkiewicza, która 23 listopada opuści- ła Zamość i ruszyła na Rawę Ruską. Wcześniej z Przemyśla wyruszyła odsiecz ppłk. Tokarzewskiego, o czym obszerniej piszę poniżej. Tłum w Warszawie wiwatował „Na Lwów!”. Ani te manifestacje, ani spóźnione decyzje rządowe nawet o jotę nie skróciły trzytygodniowej męki obrońców Lwowa. Bez wątpienia brak tych decyzji mógł ją tylko wydłużyć, a nawet spowodować utratę miasta. Lakoniczne sprawozdanie Eustachiewicza, budzące grozę i desperację, można przeczytać w cytowanej książce Czesława Mączyńskiego.

Pojawiły się też równoległe inicjatywy, w skutkach podobnie rozpaczliwe. 15 listopada komendant Mączyński wysłał list do Komendy WP w Przemyślu i Lublinie (Przemyśl został oczyszczony z UHA już 12 listopada), żądając odsieczy w sile tysiąca żołnierzy. Daremnie. Tego dnia w liście do Komendy WP w Warszawie (czyli do Piłsudskiego) podał stan wojska we Lwowie: 468 oficerów, 1922 podoficerów i żołnierzy. Opisał przebieg frontu miejskiego, zawiadomił o uzbrojeniu, stratach i zniszczeniach. Prosił o natychmiastową pomoc. Bez odzewu. Wobec tego 17 listopada wysłał dramatyczne pismo do „Rządu Polskiego” w Warszawie. We Lwowie zaczął się wtedy 3-dniowy rozejm, bo także UHA miała dosyć strat. Polacy dysponowali wtedy 3 tysiącami oficerów i żołnierzy, z tego 2/3 na linii ognia. Pismo komendanta obrony wręczył poseł dr Stefczyk, członek Komitetu Bezpieczeństwa i Ochrony Do- bra Publicznego, przerzucony do Warszawy samolotem. Z kolei w Krakowie, oprócz hr. Skarbka, w pierwszej połowie listopada niezwłocznej interwencji domagali się: lwowski arcybiskup ormiańsko-katolicki Józef Teodorowicz i biskup krakowski Adam Sapieha, zawsze sojusznicy zbieżnych przekonań narodowych. Wreszcie 14 listopada szef sztabu generalnego gen. Tadeusz Rozwadowski w bardzo stanowczym liście żądał od Naczelnego Wodza natychmiastowej odsieczy dla Lwowa. Od 20 listopada 1918 r. do 20 marca 1919 r. Rozwadowski pełnił funkcję dowódcy Naczelnej Komendy „Wschód”. Jego zadaniem była organizacja walki z UHA.

Osobną kwestią jest stanowisko Józefa Piłsudskiego w tej sprawie. Mączyński pisał, że 12 listopada lwowski lotnik ppor. Stec doleciał do Warszawy na rozmowę z Piłsudskim. „Odmalował sytuację”, podkreślił udział Austrii i Niemiec w spisku ukraińskim, zaznaczył bohaterstwo Polaków. Naczelnik „obiecał pomoc”. Kompletnie inaczej odtworzył rozmowę sam Piłsudski w odczycie „Obrona Lwowa”, wygłoszonym 7 sierpnia 1923 r. w Filharmonii Lwowskiej (potem publikowanym). Stwierdził, że po przyjeździe z Magdeburga do Warszawy 10 listopada o Lwowie nie mówił mu nikt, a lotnik Stec (prelegent podał datę rozmowy 13 listopada) przywiózł hiobowe wieści i pesymizm. Wykazał rzekomo brak wiary w szansę dalszej obrony miasta i utrzymania Lwowa przy Polsce [sic!]. Na to dictum Naczelnik odkrywczo uznał, że Lwów uratuje tylko „pomoc z zewnątrz”, ponieważ jednak wojska jeszcze nie było, radził „trzymać się jak najdłużej”. Otóż lwowiacy wpadli na ten pomysł już 12 dni wcześniej, bo innego wyjścia nie mieli.

Tworzone wtedy naprędce Wojsko Polskie istotnie nie miało jednolitych mun- durów, dostatecznej broni ani amunicji oraz za mało ekwipunku. Ale garnęły się tłumy ochotników. W Galicji już wcielonej do państwa polskiego stawiło się 50 tysięcy ochotników, z szeregów Sokoła, peowiaków, starszych skautów, b. legionistów. Przyznawał to sam Piłsudski. Po 12 listopada z Warszawy poszły pierwsze rozkazy operacyjne, dotyczące marszu na wschód. Zmusiły one do akcji dotąd opieszałego gen. Roję. Najpomyślniejszym wydarzeniem było wcześniejsze opanowanie Przemyśla (11-12 listopada), do którego przyczyniła się patriotyczna de- terminacja i kapitalny zmysł organizacyjny b. superiora kapelanów legionowych, księdza Józefa Panasia, słynącego z odwagi na polu walki, rodaka z okolic Krosna, a zatem bijącego się o swoją ojcowiznę. Do 15 listopada Polacy odzyskali też Jaro- sław z okolicą. Pojawiła się dogodna pozycja do natarcia w kierunku wschodnim. Stacjonujący w Przemyślu ppłk. Michał Karaszewicz-Tokarzewski zawiadomił Ko- mendę we Lwowie, że ekspedycja wyruszy najdalej 18. listopada. Nie były to siły imponujące, ale przełamały impas.

Tokarzewski wziął batalion 5 pp, krakowską legię oficerską, przemyski pluton ckm-ów, plutony saperów i ułanów oraz jarosławską kompanię rezerwową, razem 140 oficerów, 1228 żołnierzy, 8 armat, 79 wozów i 507 koni. Transport kolejowy zapewniono dzięki podstawieniu 5 pociągów osłanianych pociągiem pancernym. 20 listopada konwój dotarł do Zimnej Wody. Wcześniej polskie oddziały przegnały UHA z dworców na trasie do Lwowa i ubezpieczyły tory. Wieczorem 20 listopada (rankiem następnego dnia kończył się rozejm) odsiecz stanęła u bram Lwowa. Już 18 listopada komenda Mączyńskiego opracowała „Dyspozycję ataku”. Planowano atak kleszczowy łukiem od północy i południa, aby zmusić UHA do wycofania się ze śródmieścia bez walki czołowej. Dowódcą taktycznym został starszy rangą Tokarzewski, choć Mączyński dostał awans na stopień majora od gen. Roji.

Szturm 21 listopada był majstersztykiem taktycznym. Grupa północna w krwawej walce przebiła się przez dzielnicę żydowską (cały czas zaciekle wrogą Polakom), grupa południowa w całodniowej bitwie zajęła Pohulankę, Łyczaków (razem z cmentarzem), koszary Piotra i Pawła, Dworzec Łyczakowski, wreszcie ulicę Zieloną. Zajęto też wieś Kozielniki. „Pepetrójka” („Lwowianin”) rozbiła wroga w Sichowie i dojechała do Starego Sioła. Wieczorem wojsko polskie obozowało w Stawczanach, likwidując tam zbrojną bandę chłopską. Późnym wieczorem gen. Roja dowiózł jeszcze dwie kompanie piechoty. Pod wieczór Ukraińcy nie wytrzymali natarcia. Nocą naprędce ewakuowali „swoją” część śródmieścia (podpalając Cytadelę), a wczesnym rankiem 22 listopada atakowani z Podzamcza i Żółkiewskiego wycofali się na wschód, opuszczając w końcu redutę Wysokiego Zamku.

Rano Lwów był wolny i znowu polski. Głodny, obdarty, podziurawiony kulami, pełen świeżych grobów, ale własny.

CO DALEJ – MIASTO WOLNE, ALE NA FRONCIE

Polacy płakali ze wzruszenia i radości, ale nie wiedzieli, co ich czeka. UHA wycofała się niedaleko na wschód. Co więcej, jej oddziały, zasilane werbunkiem przymuso- wym i ochotniczym, zagrażały miastu od północy i południa, zaś od końca grudnia 1918 r. także od zachodu. Lwów znalazł się w stanie oblężenia. Jedynie wąziutkie pa- smo linii kolejowej łączyło Lwów z Przemyślem, czyli resztą Polski, ale było kilkakrot- nie przerywane. Na ziemi sanockiej i przemyskiej zimą 1918/1919 r. Wojsko Polskie skutecznie biło i spychało oddziały UHA na wschód, ale nie było rezerw do szturmu generalnego. Do stycznia 1919 r. polski zaciąg ochotniczy przyniósł armię 100 tysięcy żołnierzy. Mobilizację przeprowadzono w grudniu 1918 r. i styczniu 1919 r. Nie padł jednak rozkaz, by całością, albo choćby większością posiadanych sił, uderzyć na Ga- licję Wschodnią, W tym czasie, poza lokalnym konfliktem z Czechami o polski Śląsk Cieszyński i bolesnym wymuszonym odwrotem na Spiszu i Orawie, od północnego wschodu nadciągali bolszewicy w walce z polską samoobroną na Wileńszczyźnie i Rusi Czarnej. Od strony Niemiec wojsko Dowbora Muśnickiego opanowało Wielkopolskę, ale bitwa o Śląsk i Pomorze nie była jeszcze rozstrzygnięta. Można wyrazić opinię, że

była możliwa szybsza kampania wschodniogalicyjska pod warunkiem uzupełnienia sił walczących o korpus interwencyjny w sile dwóch dywizji.

Już 26 listopada 1918 r. Piłsudski złożył hołd „poświęceniu i wytrwałości obrońców Lwowa” i obiecał zachować miasto przy „Republice Polskiej”, ale dalszych posiłków nie skierował. Narzekał też na skąpą ilość wojska (wypowiedź z 19 grudnia), pomimo mobilizacji, i trudności z jego wyżywieniem. W grudniu 1918 r. osobiście wizytował Lwów. Zobaczył miasto pożerane przez epidemie tyfusu, czerwonki i „hiszpanki” (dobrze to pamiętają rodziny lwowskie). UHA po wyparciu ze Lwowa natychmiast

„zajęła się” niszczeniem urządzeń dobra publicznego, niezbędnych do przetrwa- nia. Artyleria ukraińska zburzyła elektrownię, gazownię i stację wodociągów. Lwów ogarnął zimowy mrok. Brakowało wody bieżącej, gazu i prądu. Brakowało też opału. Wegetowano w zimnie, błocie, śniegu i brudzie. Ludzi gnębił głód. Po drugiej stronie frontu okopała się najedzona, wyekwipowana i wypoczęta UHA. Naczelnik Piłsudski nie został więc przyjęty we Lwowie z entuzjazmem, tylko z goryczą. Żądano realnej pomocy państwa i podejrzewano „kierownictwo” o dogadywanie się z władzami ZUNR nad głowami Polaków tej ziemi.

Siły polskie we Lwowie od 22 listopada były na tyle szczupłe, że mogły jedynie bronić miasta „za rogatkami” na całym obwodzie. O większym natarciu nie było mowy. Z kadr d. austriackiego 30 pp i ochotników powołano pułk Jana Sobieskiego i 4 pp Legionów, a 25 listopada sformowano 1 i 2 pułk strzelców lwowskich. W grud- niu Lwowa broniło około 5 tysięcy oficerów i żołnierzy. Dowodziła nimi Komenda Miasta i Powiatu. Z nowych jednostek liniowych uformowała się brygada lwowska, dowodzona przez Mączyńskiego. Ale dalszych sił nie było.

Dopiero na początku 1919 r. idąca z Lubelszczyzny grupa operacyjna „Bug” gen. Jana Romera uderzyła od Rawy Ruskiej i 10 stycznia przebiła się do Lwowa, zasilając obrońców… 2 tysiącami żołnierzy. Na szczęście w tym czasie dzielny gen. Zygmunt Zieliński (dawny dowódca legionowy II Brygady i Polskiego Korpusu Posiłkowego) skutecznie bił UHA w powiatach gródeckim i mościskim. Dowódca komendy „Wschód” gen. Rozwadowski był bezradny, bo nie miał odwodów. Misja Ententy (gen. Bar- thelemy) nie przejmowała się losem Polaków w Galicji Wschodniej. Chodziło tylko o przejściową pacyfikację terenu. Narzucono rozejm polsko-ukraiński od 28 lutego do 1 marca 1919 r., który nie przyniósł stronie polskiej żadnych korzyści.

Coś drgnęło dopiero w marcu 1919 r. W dniach 13-14 marca zwycięski dowódca Armii Wielkopolskiej gen. Józef Dowbor- Muśnicki wysłał na pomoc lwowiakom silną grupę operacyjną pod komendą płk. Daniela Konarzewskiego. Wspierały ją pociągi pancerne „Śmiały” i „Piłsudski”. Walki osłonowe prowadziła grupa gen. Aleksandrowicza. Ofensywa przyniosła sukces już do 19 marca. UHA z dużymi stratami zaczęła się ustępować. Od 22 marca Ukraińcy oddali teren na północ od linii kolejowej Mościska–Gródek–Lwów. 25 marca ostatecznie przywrócono komunikację kolejową Przemyśl–Lwów. W tym okresie (20 marca) Komendę WP „Wschód” po Rozwadowskim objął bardzo energiczny gen. Wacław Iwaszkiewicz. Utrzymał tę funkcję do 30 kwietnia. W kwietniu 1919 r. natarcie polskie rozwijało się z powodzeniem. W dniach 17-19 kwietnia 1919 r. UHA została wreszcie odparta z okolic Lwowa, a 20 kwietnia zaczęła wielki odwrót na wschód. Rychło potem, 27 kwietnia, do Pol- ski dotarła (o wiele za późno) „błękitna armia” gen. Józefa Hallera. On sam w maju 1919 r. objął komendę WP „Wschód”. Wydawało się, że wojna zakończy się nazajutrz wielkim zwycięstwem. Wieczni „sojusznicy” i „dobroczyńcy” Polski jednak czuwali. Marszałek Foch 11 maja zakazał użycia armii Hallera do walki z UHA, a przecież armię tę umundurowali i wyekwipowali Francuzi. Na szczęście od Wielkanocy 1919 r. Lwów odżywał nie był już ostrzeliwany, oblegany i głodzony. Piłsudski brutalnie obszedł z początku dąsy Ententy i miał w tej sprawie pełną rację. Przegrupował związki bojowe WP i utrzymał Hallera przy dowództwie frontu galicyjskiego. Siłą 50 tysięcy żołnierzy Polacy uderzyli dalej na wschód (UHA miała wtedy pod bronią 40 tysięcy żołnierzy): 25 maja odzyskano Stanisławów, a 27 maja Halicz. Dopiero 30 maja Ententa wymusiła zatrzymanie szturmu. Komendę „Wschodu” objął ponownie gen. Iwaszkiewicz. Korzystając z tego, w czerwcu 1919 r. UHA spróbowała ostatniej szansy. Zatrudniła wybitnego dowódcę, Rosjanina, gen. Griekowa (jednak Rosjanie czasami na coś się Ukraińcom przydają). Od końca czerwca dowództwo polskie objął Piłsudski. Do 17 lipca 1919 r. UHA została rozbita lub wyrzucona za Zbrucz. Półroczna wojna skończyła się walnym zwycięstwem Polski. Ale skala strat i cierpień wzbudzić może przerażenie do dzisiaj. A Lwów pozostał niezłomny. Zbiedniały, poniszczony (choć ocalała większość zabytków, domów i pomników). Przez trzy tygodnie walczył pod polską flagą samotnie, trzy miesiące znosił samotnie oblężenie. Wytrwał, ale ból wspomnień pozostał niezatarty.

* * *

Ducha walczącego Lwowa najlepiej oddaje cudowny wiersz Mariana Hemara. Dedykuję go w tym miejscu wszystkim rodakom pamiętającym o naszym Lwowie:

Marian Hemar

Strofy lwowskie [fragment]5

My jesteśmy z polskiej Florencji
Z miasta siedmiu pagórków fiesolskich
Z miasta muzyki, inteligencji
I najpiękniejszych kobiet polskich
Z miasta talentów, ideałów, Temperamentów i błyskawic
I teatru i gwiazd i zapałów
I tej „Panoramy Racławic”
O, śliczny oleodruku!

My jesteśmy z miasta poezji
Co się u nas rodziła na bruku
Jakby kamień się zmieniał w natchnienie,
A natchnienie wsiąkało w kamienie
I pomnikiem w sercu miasta stoi

My jesteśmy z tej jedynej Troi,
Z tej jedynej na cały świat
Którą kiedyś w śmiertelnej potrzebie
Hektor zdołał przed wrogiem obronić
A miał wtedy piętnaście lat.

A był wtedy w gimnazjalnym mundurku
W surducinie ulicznego baciarza
A miał wtedy piętnaście lat
Gdy w kul bzyku i w granatów huku
Na kamieniu się urodził, na bruku,
I na kamień swą śmiercią się kładł.
Ale miasto obronił
swoje,
Ale swoją obronił Troję.
A miał wtedy piętnaście lat.

  1. Dzielny dowódca, prawy Polak, wierny miastu lwowianin, w sensie literackim nie władał biegle pió- rem, choć był również nauczycielem, a od 1922 r. posłem na sejm w klubie Związku Ludowo-Narodo- wego. Jego książka (zob. Literatura), pisana w dość chropowatym stylu, z wyjątkiem natchnionego opisu szturmu wyzwoleńczego 21 listopada, urzeka za to autentyzmem i weryzmem  szczegółowej relacji, choć sympatie i antypatie autora są wyraźnie widoczne. Drugi tom wypełniają kapitalne ma- teriały źródłowe – odezwy, ogłoszenia urzędowe, rozkazy, komunikaty wojenne, raporty, i to obu stron walczących. Na wielki szacunek zasługuje bezkompromisowa postawa kpt. Mączyńskiego – walki o polski Lwów nie wolno było zaniechać w żadnych okolicznościach.

2.  Organ ten po niemiecku nazywał się Reichsrat, a zatem Rada Rzeszy, ale po polsku zwykło się tłu- maczyć Rada Państwa, dla uniknięcia mylnego utożsamienia z Rzeszą Niemiecką od 1871 r.

3. Budzi zatem wyjątkowe obrzydzenie pleniący się w III RP w rozmaitych „prawomyślnych” środowi- skach, głównie małopolskich, odpowiednio sterowany zachwyt nad „Galicją”, eo ipso – nad zaborcą austriackim. W 1918 r. Austria „żegnała się” ze wskrzeszoną Polską w ekstremalnie plugawy sposób.

4.  Mączyński wyjaśniał niepowodzenie w dozbrojeniu brakiem odpowiednich środków transportu. Chodziło o składy w Skniłowie ze zdobyczną bronią rosyjską. Trzeba dodać, że Austriacy tolerowali magazyn broni PKW w samym mieście. W okresie najcięższych walk, 7 i 8 listopada Polacy na czele z ppor. Rudolfem Wolakiem zdobyli dworzec w Skniłowie, tamtejsze magazyny z bronią i amunicją oraz 34 wagony zapełnione sprzętem wojskowym. Stało się to jednak po 8 dniach krwawych walk, okupionych wielkimi stratami.

5. Wiersz publikowany w Pieśniach obrońców Lwowa, [b.m.w.] 1984, s. 3 (wydawnictwo bezdebitowe, sygnowane przez „Grono Przyjacielskie”).

 

LITERATURA

Józef Piłsudski i Lwów, oprac. J. Wereszyca, Warszawa 1989.

Leinwand A., Obrona Lwowa w listopadzie 1918 roku, „Rocznik Lwowski” 1993-1994. Lipiński W., Wśród lwowskich Orląt, 3 wyd. Warszawa 1992.

Łukomski G., Partacz Cz., Polak B., Wojna polsko-ukraińska 1918-1919, Koszalin–War- szawa 1994.

Mączyński Cz., Boje lwowskie, cz. I, Oswobodzenie Lwowa (1-24 listopada 1918 roku), t. 1-2, I wyd. Warszawa 1921, II wyd. Warszawa 2017.

Mękarska-Kozłowska B., Posłannictwo kresowe Lwowa, Londyn 1991. Orłowicz M., Ilustrowany przewodnik po Lwowie, Warszawa 1925.

Patelski M., Harcerze w walkach o Lwów i Małopolskę Wschodnią (1918-1919), „Rocznik Lwowski” 2005.

Pieśni obrońców Lwowa, [b.m.w.] 1984.

Semper Fidelis. Obrona Lwowa w obrazach, Lwów 1930 (reprint 1990). Zygmuntowicz Z., Obrona Lwowa, [w:] Dziesięciolecie Polski Odrodzonej, Warszawa–

Kraków 1928.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here